Pierwsze wrażenia z lektury „Paradoks Euro”

Drukuj

Kwestia wprowadzenia w Polsce Euro chwilowo jest tematem drugorzędnym i martwym, ale i tak pozostaje w kręgu moich zainteresowań. Po wielkiej fali entuzjazmu dla wspólnej waluty po wejściu do UE wraz z kryzysem Strefy Euro pojawił się okres wielkiego sceptycyzmu. Czasem wydaje mi się, że jestem jednym z ostatnich otwartych zwolenników wprowadzenia Euro. Moje argumenty są dwojakiej natury: po pierwsze Polska jako gracz na rynku lokalnym i UE zyskałaby w zakresie kosztów transakcyjnych wymiany zagranicznej tak bezpośrednich (spready) jak i pośrednich (zarządzanie ryzykiem). Po drugie oznaczałoby silniejszą integrację UE i wejście do jej twardego jądra. Europa dwóch prędkości przestałaby być dla nas zagrożeniem.

Jednak nie jestem specjalistą w zakresie obszarów walutowych i jestem otwarty na argumentację drugiej strony – całkiem niewkluczony, ze się mylę. Jednak jak dotąd argumenty sceptyków pozostawały w najlepszym przypadku słabe. Z jednej strony dotyczyły teorii jednolitego obszaru walutowego sugerującego, że jednolita waluta wymaga jednolitej polityki fiskalnej mającej niwelować regionalne wahania w cyklach koniunkturalnych. Tymczasem wielkie obszary walutowe takiej jak np. USA dokonują takiego wyrównania poprzez budżet federalny w stopniu niezbyt dużym (choć większym niż budżetu UE), a cały system działa. Druga grupa argumentów dotyczy asymetrycznych szoków. W przypadku Grecji takim szokiem był nagły dostęp do taniego pieniądza co spowodowało festiwal zadłużania – szczególnie przez rząd. Jeśli jednak przyjmiemy założenie (nie tak dalekie moim poglądom), że rząd nie jest tworem racjonalnym to zasadniczo zbliżamy się do idei libertariańskich mówiących, ze im mniej rząd robi tym lepiej i należy szukać pozademokratycznych metod ograniczania jego władzy (już takie mamy jak choćby niezależność banku centralnego)
Chcąc jednak dogłębniej poznać tą argumentację sięgnąłem po książkę „Paradoks Euro Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty” Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka – książki bardzo chwalonej. Mam nadzieję w niej znaleźć więcej wyjaśnień. Jak na razie przeczytałem 3 strony wstępu i już się muszę podzielić wrażeniami. Oto czemu.
Autorzy piszą: „Przyjęcie euro pozbawiło kraje członkowskie kluczowych elementów polityki ekonomicznej i mechanizmów dostosowawczych jakie zapewnia własna polityka monetarna i możliwość dostosowania kursu walutowego”. Jako osoba skoncentrowana w pierwszej kolejności na Polsce zacząłem zastanawiać się tym zdaniem w kontekście krajowej w perspektywie od czasu wejścia do UE.
Zacznijmy od „możliwości dostosowania kursu walutowego”. NBP na rynku walutowym w tym okresie interweniował kilka razy i to dość uderzeniowo i krótkotrwale. Zresztą bardzo słusznie – bo jak pokazuje historia interwencja banku centralnego na dłuższą metę nie da się iść przeciwko trendowi, a efekty załamania interwencji są zwykle katastrofalne. Trudno zatem dociec co autorzy mają na myśli pisząc „możliwość dostosowania” bo sugeruje to sprawczość polityki monetarnej – której nie obserwujemy.
Czytając dalej wpadamy na to samo pomieszanie pojęć. Autorzy piszą „W sytuacji kryzysu brak własnej waluty okazał się bardzo bolesny. Gdy w 2010 wybuchł kryzys (…) szacowano, że kraje południa strefy euro (…) aby odzyskać konkurencyjność międzynarodową, powinny obniżyć płace w swoich gospodarkach o 20-30%. Gdyby kraje te nie należały do strefy euro, poprawa konkurencyjności tego rzędu mogłaby się dokonać w krótkim czasie w wyniku osłabienia ich krajowych walut. (…) Tak stało się np. w Polsce na przełomie 2008 i 2009 roku kiedy złoty osłabił się o około 30%”.
Czy złoty osłabił się o 30% ze względu na politykę monetarną? Nie – zadziałały mechanizmy rynkowe. Nie ma więc zatem mowy o „możliwości dostosowania kursu walutowego”. Czy zatem mamy do czynienia z „mechanizmem dostosowawczym”, o którym piszą autorzy. Niewątpliwie w tym konkretnym przypadku w przypadku Polski tak to właśnie wygląda. Czy zatem własna waluta to właśnie taki automatyczny stabilizator osłabiający wpływ kryzysów? Absolutnie nie! To rynki walutowe zadecydowały, która waluta się osłabiła, a która umocniła. Osłabienie złotego zadziałało na naszą korzyść, ale w tym samym czasie frank szwajcarski zaczął szybować pod niebiosa. Zmusiło to tamtejszy bank centralny do bardzo niekonwencjonalnych polityk, których ostateczne koszty dopiero poznamy. To jest dopiero spektakularny przykład polityki kursowej, ale decyzje te podjęte zostały nie dzięki temu, że Szwajcaria ma własną walutę, ale przez to, że ma własną walutę. Gdyby była członkiem strefy euro nie byłoby takiej konieczności.
To zaś przybliża nas do kolejnego argumentu za przyłączeniem się do strefy euro – większe obszary walutowe są bardziej odporne na gwałtowne przepływy kapitału. Destabilizacja walut takich jak złoty czy frank jest dużo łatwiejsza niż destabilizacja euro czy dolara. Czasem na takiej destabilizacji możemy skorzystać (jak w 2008 roku), ale równie dobrze możemy na niej stracić. Łaska rynków na pstrym koniu jeździ. I mają rację autorzy pisząc, że być może jeśliby kraje południa miały własną walutę to osłabiłaby się ona na tyle by realnie obniżyć płace w tych krajach. Ale to nie jest parametr znajdujący się pod czyjąkolwiek kontrolą i taki mechanizm dostosowawczy równie dobrze mógłby nie mieć miejsca – nawet gdyby te kraje własną walutę miały. Autorzy jednak wydają się w ogóle tego nie zauważać pisząc dalej: „Kraje Południa pozostają w strefie euro i cierpią, gdyż nie mogą poprawić swojej konkurencyjności poprzez dostosowanie kursu walutowego” – tak jakby sterowanie kursem walutowym było suwerenną decyzją polityki gospodarczej. A niestety w reżimie płynnych kursów walutowych tak nie jest – a o przejściu w reżim sztywnych kursów autorzy (jak dotąd) nie wspominają.
Tyle spostrzeżeń po 3 stronach. Nadal ciekaw jestem dalszych argumentów jednak zaprezentowane dotąd podejście do tematu napawa mnie pewną dozą sceptycyzmu. Mam nadzieję, że dalej będzie lepiej.

Czytaj również