Niech żyje rzeka Wisła i Polska niezawisła

Drukuj

Drodzy rodacy, zostaliśmy sterroryzowani suwerennością. Suwerenność musi być wartością nadrzędną! A jaki z niej pożytek, jeśli nie możemy jej demonstrować? Więc staniemy okoniem każdej międzynarodowej sugestii – choćby i dobrej, w myśl starej, dobrej zasady: „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. A każdy, kto podda tą doktrynę w wątpliwość, zostanie przez patriotów ze stajni prezesa szybko zdemaskowany. Bo któż może być przeciwko suwerenności!? Jedynie element animalny, gorszy sort, zaprzaniec, szpion, sprzedawczyk, agent obcych sił albo, w najlepszym przypadku, zbałamucony leming. Nie jest to prawdziwy Polak – czyli niepolak. A skoro niepolak, to jego opinia jest zasadniczo obcą interwencją, którą w imię suwerenności także należy odrzucić i potępić.

Zagranie kartą suwerenności to sprytne podejście. Wypowiedź sugerującą, że suwerenność nie jest absolutem, zawsze łatwo zmanipulować i przedstawić jako wyrzekanie się niepodległości, działalność antypolska i antypatriotyczna. Po prostu antyteza „wstawania z kolan”. Tymczasem kwestia suwerenności nie jest ani tak prosta, ani tak oczywista.

  1. Suwerenność jest oczywiście ważna. Nie wydaje się jednak, żeby była kwestią najważniejszą. Nawet najpotężniejsze kraje świata liczą się z opinią międzynarodową. Nie ma w zglobalizowanym świecie działania w pojedynkę, więc jedyna prawdziwa suwerenność to suwerenność pustelnika. Dlatego najbardziej suwerennym krajem świata jest dziś Korea Północna. Wiemy z jakimi skutkami.
  2. Czasami może być jednak tak, że naród wybiera drogę biedy i odosobnienia, ale za to (we własnym mniemaniu) bardziej godną. Odmowa zważania na cudze opinie wielu daje poczucie wyższości. Wygląda na to, ze Rosjanie są w stanie przetrzymać każdy kryzys – byle tylko się ich bano, by mogli pokazać wszystkim, że z nikim się nie liczą. To oczywiście wynik wielu dekad propagandy, ale dziś Putin wygrałby każde wybory – także dzięki zupełnie bezprawnej aneksji Krymu – na podstawie zupełnie suwerennych decyzji. Jednak twierdzenie, ze taka jest wola polskiego narodu jest zupełnie bezpodstawna. Polacy zdecydowali się zrezygnować z części suwerenności przystępując do UE i wyrazili to wprost – w referendum. Co więcej badania pokazujące poparcie dla UE wykazują, że Polacy swej opinii nie zmienili – zatem istnieją dla nich wartości od suwerenności znacznie istotniejsze.
  3. Suwerenność jest często przedstawiana jako prawo narodu do stanowienia o sobie. Jako teoria brzmi pięknie. W praktyce jednak suwerenność oznacza zwykle pełną dowolność władzy politycznej w zarządzaniu państwem. Kraje, które najgłośniej bronią swej suwerenności – w sensie podkreślania braku praw społeczności międzynarodowej do wywierania na nie wpływu – używają tejże suwerenności do czynów obrzydliwych. Były już nawet piosenki o tym co znaczą „wewnętrzne sprawy Rosji i Chin”. Znaczą łamanie praw człowieka, wolności słowa, niszczenie opozycji i społeczeństwa obywatelskiego i/lub napychanie portfela sobie i swoim znajomym. Daleki jestem od przypisywania Jarosławowi Kaczyńskiemu takich motywacji, ale precedens, który tworzy, może dokładnie do tego posłużyć jego następcom u steru kraju. Jednak zupełnie wprost zarzucę obecnej władzy, że mówiąc o suwerenności ma na myśli suwerenność swoich decyzji politycznych – a nie wolę narodu. Zupełnie jednoznacznie naród opowiada się za publikacją wyroków Trybunału Konstytucyjnego oraz utrzymywaniu i zacieśnianiu współpracy z UE. Zaś działania PiS podpierane doktryną suwerenności są dokładnym zaprzeczeniem woli suwerena. Dlatego naciski międzynarodowe, które są zaprzeczeniem suwerenności, to jeden z bezpieczników chroniących obywateli krajów przed szaleństwami (często demokratycznie wybranych) władz. Okazuje się, że dla suwerenności narodu dużo lepsza jest mała suwerenność państwa, bowiem dużo częściej opresorem suwerena jest władza, a nie obce państwo czy społeczność międzynarodowa.
  4. O ile dyskusja o suwerenności ma jakikolwiek sens w przypadku komentowania decyzji USA to sens jest ten znacznie mniejszy w przypadku UE. UE to także Polska – UE to my. Traktowanie głosu UE jako elementu zewnętrznego to wynik nieprzyjęcia do wiadomości integracji europejskiej. Prawdopodobnie zupełnie świadome i wynikające z chęci powrotu do koncepcji silnych państw narodowych (zapominając oczywiście o konsekwencjach takiego układu, które były tak okropne, ze wymusiły współpracę międzynarodową). Weszliśmy jednak do pewnego klubu, więc obowiązują nas pewne zasady. Plucie na podłogę nie przejdzie – i to właśnie oznajmiają nam nasze brukselskie instytucje. Władza łamie suwerenne i wprost wyrażone zobowiązania narodu. Dlatego stylizowanie się Beaty Szydło na ministra Becka jest groteskowe, zaś ustawianie instytucji unijnych jako obcych – nieprawdziwe.

Wyraźnie zapowiedzi, że po „wstaniu z kolan” w końcu „zaczną się z nami liczyć” okazały się bez pokrycia. O ile wcześniej „liczono się” z nami umiarkowanie (co i tak wykraczało ponad nasz potencjał), to teraz jesteśmy traktowani jak parias i chłopiec do bicia. A wszystko dlatego, że postanowiliśmy ostentacyjnie pokazać jacy to jesteśmy suwerenni. Nie wiem czy Jarosław Kaczyński naprawdę liczył na to, że w tym momencie cały świat padnie przed Polską na kolana. Nie padł i dziś rządowi zostaje tupanie nogami i obrażanie się – bo trudno inaczej zinterpretować ostatnie wystąpienie Beaty Szydło oraz kuriozalną uchwałę, która jest wyrazem bezsilności, a nie siły. Uchwały, która zasadniczo nakazuje rządowi robić wszystko wbrew wszystkim – dla zasady.

Najzabawniejsze jest to, że przed poważnymi konsekwencjami bezmyślnego zachowania rządu broni nas tylko wola Viktora Orbana, który zapowiada, że nie pozwoli na objęcie Polski sankcjami. To Orban jest zwycięzcą polskich wyborów. Na tle Kaczyńskiego wygląda na odpowiedzialnego i zrównoważonego polityka, zaś uwaga instytucji unijnych odwróciła się od Węgier. Samomarginalizacja Polski na arenie międzynarodowej czyni z Węgier lokalnego lidera, zaś konflikt Polska – UE daje mu spore możliwości przetargowe. Wiadomo kto może mu zaoferować więcej, zaś Orban jest cynicznym i wyrachowanym graczem. Bardzo prawdopodobne, że nasz rząd czeka bardzo nieprzyjemna niespodzianka. I tak koniec końców całe to „wstawanie z kolan” zależy od suwerennej decyzji głowy innego państwa. Państwa mniejszego i biedniejszego. A wydawać by się mogło, że prawdziwa czy wyimaginowana zależność od potęgi (takiej jak choćby Niemcy) jest łatwiejsza do strawienia, niż zależność od państwa o dużo mniejszym potencjale.

Czytaj również