Maszynka do głosowania przyspiesza

Drukuj

Mniej więcej co roku o tej porze piszę podobną notkę, która opisuje zagrożenie dla naszej demokracji nie mniejsze niż zamach na sądy. Grant Thorton wyliczył, że w pierwszym półroczu tego roku uchwalono 17 440 stron aktów prawnych (ustaw i rozporządzeń) – to o 35 proc. więcej niż rok temu. Gdyby chcieć to przeczytać, trzeba by czytać ponad 95 stron dziennie. To przynajmniej 2-3 godziny samej lektury. Do tego należy jeszcze doliczyć czas na analizę wpływu tych przepisów na człowieka i inne przepisy, zaplanować dostosowanie do nich. Dnia by nie starczyło. To problem na całym szeregu poziomów.

Po pierwsze całość tej lektury powinni przeczytać i dogłębnie zrozumieć ci, którzy decydują, że staje się prawem – czyli posłowie. Oczywiście do tego dochodzą wszelkie projekty ustaw, które zostały odrzucone. Jak doskonale widać, jest to fizycznie niewykonalne – zatem nasi reprezentanci zasadniczo głosują nad rzeczami, o których nie mają pojęcia. Ich głos jest automatyczny i bezrefleksyjny, bo nie ma szans być inny.

To samo dotyczy Senatu, który ma być izbą zadumy, a też służy za maszynkę do głosowania. Okazuje się zatem, że nasza demokracja jest jedynie fasadą, bo nasi demokratycznie wybrani przedstawiciele służą jedynie do przyklepywania tworzonego gdzie indziej prawa. Cały parlament zatem okazuje się zbędny – wystarczyłby przedstawiciel każdej z partii dysponujący sumą zebranych w wyborach głosów. I de facto tak dziś jest – Kaczyński decyduje o losie ustaw – i nawet propaństwowy podobno Gowin głosuje, jak mu każą z (jak sam powiedział) pełną świadomością problemów. Na zdjęciach zaś widzimy człowieka moralnie złamanego. Więc po co to wszystko?

Po drugie już po przegłosowaniu w prawie musimy orientować się my wszyscy. Oczywiście nie każda ustawa dotyczy wszystkich, ale żeby choćby dowiedzieć się tego, które prawo jest dla nas istotne, a które nie, powinniśmy je choć pobieżnie przeczytać. Co, jak już wiemy, jest niemożliwe.

Problem zaostrza się w przypadku przedsiębiorców, bo do nich kierowana jest znaczna część przepisów – i nie wystarczy wiedza o nich – trzeba je jeszcze implementować. Duże firmy z rozbudowanymi działami prawnymi sobie poradzą. Ale małe przedsiębiorstwa stanowiące ponad 95 proc. działalności gospodarczych w Polsce – już nie. Człowiek żyjący z układania płytek czy naprawy zegarków nagle musi stać się prawnikiem – bo na zatrudnienie prawnika go nie stać, a przepisy zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Kolejny efekt rozlewa się na sądy. Prawo tworzone bez namysłu, na kolanie jest zwykle prawem kiepskiej jakości. Świetnie to było widać na przykładzie ostatniej ustawy o SN, która przeczyła sama sobie w kwestii tego, ilu kandydatów na sędziów SN ma być przedstawione prezydentowi – w artykule 12. napisano, że przedstawione zostaje 5 sędziów, a w artykule 18., że prezydent wybiera z 3 przedstawionych kandydatów.

Jeśli ktoś myśli, że to wyjątkowa pomyłka przy pracy, jest w błędzie. Zdarzają się one nagminnie. To utrudnia działanie wymiaru sprawiedliwości, mnożąc wątpliwości i niejasności. Znaczna część społecznego oburzenia na sądy nie wynika z ich wad (których nie brakuje), ale z fatalnej jakości tworzonego prawa, na którym sądy mają się opierać.

Zaistniała sytuacja powoduje, że zarówno demokracja, jak i rządy prawa są w Polsce fasadowe. Niestety sytuacji tej nie zmienia żadna zmiana – ani dobra, ani zła. Tymczasem my obywatele żyjemy w ciągłej niepewności prawnej. Aparat państwowy może zniszczyć każdego z nas – paragraf w tym niemożebnym gąszczu przepisów niewątpliwie się znajdzie.

Czytaj również