Komisja ekspercka w sprawie frankowiczów

Drukuj

Jednym z głośnych postulatów wyborczych Prezydenta Andrzeja Dudy było złożenie ustawy mającej pomóc osobom, które zawarły umowy kredytów hipotecznych w walutach obcych, w szczególności Frankach Szwajcarskich. Grupa ta zwana jest potocznie „frankowiczami”. Całe szczęście, że prezydent jedynie obiecał jej złożenie, a nie uchwalenie, bo projekt przedstawiony w styczniu był katastrofalny. Być może chodziło o efekt PRowy, z góry skazany na klęskę, bo jego wdrożenie doprowadziłoby do kompletnej destabilizacji systemu finansowego. Tak czy inaczej, prezydent musiał przełknąć zablokowanie inicjatywy w parlamencie.

Projekt ma podlegać dalszym pracom, tak by był możliwy do wdrożenia. W szczególności miał podlegać opracowaniu przez powołany w tym celu zespół ekspertów pod przewodnictwem profesora Modzelewskiego. Zespół powołany w połowie kwietnia ogłosił wyniki swoich prac 7 czerwca. Niespełna dwa miesiące to niezbyt długo – co gorsza okazało się, że eksperci poświęcili na projekt ledwie 6 spotkań. Podobno ich owocem jest projekt ustawy – projektu jednak nie poznaliśmy. Upubliczniono jedynie dokument liczący niespełna trzy strony. Trzy strony ogólników. Jednak zarówno z ogłoszonego dokumentu, jak i konferencji towarzyszącej jego ogłoszeniu, można wiele wywnioskować – zarówno w kwestiach zapisanych wprost, jak przemyconych między wierszami.

Sam proponowany w projekcie mechanizm jest dobrze znany i nie różni się co do zasady od tego, co usłyszeliśmy wcześniej. Kredytobiorca ma mieć możliwość wyboru jednego z kilku wariantów ”restrukturyzacji kredytu”. Może go przewalutować po jednym z kilku „kursów sprawiedliwych” (wedle dokumentów dwóch, wedle wypowiedzi na konferencji czterech). Nie określono dla kogo ma być on sprawiedliwy, ani wedle jakiej formuły ma być liczony. Wymknęło się ekspertom na briefingu, że koszty dla banków w jednej z wersji mają sięgać 40 miliardów – i to nie jest wersja najbardziej drastyczna. Wynika z tego wyraźnie, że „sprawiedliwość” zdefiniowano jako obciążenie banków całością kosztów. Dyskusyjna interpretacja tego terminu.

Opcją ma być także oddanie nieruchomości w zamian za umorzenie kredytu. Jest to powszechna praktyka chociażby w USA. Problem polega jednak na tym, że nasze banki nie są przygotowane na działania na rynku nieruchomości. Wprowadzenie takiej reguły na przyszłość może być jednak interesujące. Niewątpliwie ograniczyłoby to wielkość ryzyka w systemie, choć oczywiście za cenę ograniczenia akcji kredytowej i niższych współczynników LTV, czyli większym wkładzie własnym.

To, co przebija z tego raportu i wypowiedzi ekspertów, to podtrzymywanie linii o ekonomicznym analfabetyzmie obywateli. Głównym argumentem stojącym za ruchem pomocy dla „frankowiczów” jest stwierdzenie, że nie zdawali sobie sprawy z tego, czym jest kredyt walutowy. Jednak jest to struktura dość prosta, a banki informowały o ryzyku kursowym. Zatem proponenci tych rozwiązań twierdzą, że klienci banków nie są w stanie zrozumieć najprostszych pojęć ekonomicznych. Zasadniczo więc koszty przewalutowania powinni brać na siebie kolejni Ministrowie Edukacji. Jeśli nie, to na terenie kraju powinna zamrzeć wszelka działalność gospodarcza wykazująca się skomplikowaniem większym, niż sprzedaż truskawek ze straganu. Bowiem ten precedens spowoduje, ze właściwie każda transakcja będzie mogła zostać unieważniona ze względu na brak logicznego myślenia obywateli. Zastanawiające jest zatem dlaczego eksperci chcą dać kredytobiorcom możliwość wyboru z różnych wariantów restrukturyzacji. Przecież będąc analfabetami ekonomicznymi, nie są oni w stanie dokonać sensownego wyboru.

Eksperci w swoim wystąpieniu poszli jednak dalej, zakładając krańcowy brak kompetencji u profesjonalistów na rynku finansowym. Prof. Jarosław Mielcarek stwierdził, ze banki są w stanie zaabsorbować 30-40 mld „skutków bilansowych” na przestrzeni 30 lat bez większych problemów. Profesorowie doszli do wniosku, że nazwanie strat ekonomicznych „skutkami bilansowymi” i księgowe ich rozłożenie na wiele lat za pomocą spółek specjalnego przeznaczenia czy innych kruczków księgowych zmyli inwestorów. Stwierdzili bowiem, ze kursy akcji nie powinny spaść – ba, mogą nawet wzrosnąć! Przewidzenie wzrostu cen akcji na wieść o gigantycznych stratach ekonomicznych byłoby godne Nobla, ale obawiam się, że na tę nagrodę w dziedzinie ekonomii przyjdzie jeszcze Polsce poczekać. Inwestorzy wielokrotnie udowodnili, że nie dają się nabierać na manipulacje księgowe, a te proponowane przez profesorów są sprzeczne z zasadą ostrożności wywodzoną z Międzynarodowych Standardów Rachunkowości. Każe ona rozpoznawać straty w momencie ich uprawdopodobnienia, więc chowanie ich po spółkach córkach nic tu nie zmienia. Zastosowanie tych pomysłów przez banki spowoduje, że ich sprawozdania finansowe nie zostaną pozytywnie ocenione przez żadnego audytora, co automatycznie spowoduje wycofanie się wielu inwestorów portfelowych i głęboki spadki kursów. Audytorzy zaś nie będą łatwi do przekonania, by przymknąć oko, gdyż dokładnie takie same tricki stosowała przed upadłością firma Enron – zaś audytujący ją Arthur Andersen upadł wraz z nią ze względu na utratę reputacji. Żadna szanująca się firma audytorska nie będzie chciała pójść tą drogą.

Wielka oględność i ogólność prezentowanych rozwiązań, a także niechęć ekspertów do dawania wyjaśnień dziennikarzom, daje jednak do myślenia. W dokumencie pojawia się zapis o „poszanowaniu interesów kredytodawców”. To jednak zmiana akcentów w porównaniu ze styczniową ustawą, która o tych interesach nie wspominała. Wysoki poziom oględności to zapewne też strategia asekuracyjna. Konsekwencje przewalutowania w skali makro są trudne do przewidzenia i zakończyć się mogą nawet kryzysem finansowym. Przy takim poziomie ryzyka nie ma się co dziwić, że niewiele osób chce się otwarcie podpisać pod konkretnymi rozwiązaniami. Zachowując duży poziom ogólności, będzie można zawsze twierdzić, że nie zostały uwzględnione konkretne, a nieujawnione, postulaty danej osoby, które na pewno zabezpieczyłyby gospodarkę przed szokiem.

Bowiem problem frankowiczów to proszenie się o makroekonomiczne kłopoty. Grupa dość zamożnych obywateli postanowiła skorzystać z możliwości zaciągnięcia kredytu w walucie i cieszenia się niską stopą procentową. Jak długo nie realizowało się ryzyko kursowe, korzystali oni na swojej decyzji. Kiedy ryzyko kursowe się zrealizowało, chcą przerzucić konsekwencje na resztę obywateli. To również wyraźnie da się zauważyć w projekcie przedstawionym przez ekspertów. Proponują, by regulacja dotyczyła kredytów udzielonych do określonej daty (proponowany jest 1 stycznia 2000). Czy oznacza to, że wcześniej obywatele byli w stanie zrozumieć konsekwencje kredytów walutowych i nagle w Sylwestra 2000 roku tę umiejętność stracili? A może chodzi jedynie o skalę zmiany wartości kapitału kredytu? Osobiście obstawiam drugą opcję.

Banki nie są w stanie udźwignąć kosztów przewalutowania. Nie widać też (poza głośnymi żądaniami) powodów, by tak się miało stać. Zresztą, pomimo wysokiego kursu, osoby z kredytem frankowym w perspektywie 30 lat i tak najprawdopodobniej zapłacą mniej, niż osoby z kredytami złotowymi. Problemem jest jedynie brak możliwości zbycia nieruchomości, jako że wartość kredytu często przekracza wartość nieruchomości. Słuszniejszym zatem wydaje się działanie w kierunku ułatwienia przenoszenia hipoteki na nową nieruchomość. To mogłoby znacząco poprawić sytuację frankowiczów, bez jednoczesnych negatywnych skutków dla systemu finansowego i podatników.

Czytaj również