Hałdy głupoty

Drukuj

Wiele osób porównuje Republikę Pisowską do PRL. Są argumenty ustrojowe i obyczajowe. Ja dzisiaj o tych ekonomicznych. Oto krótka analiza wypowiedzi wiceministra Grzegorza Tobiszowskiego, reprezentującego Ministerstwo Energii, dotyczące planowanych zmian na rynku węgla.

„Chcemy wprowadzić opłatę na węgiel spoza Unii, który wjeżdża na polski rynek”

Czemu wiceminister boi się słowa „cło”? Pewnie dlatego, że to kojarzy się źle – z wyższymi cenami. I słusznie się kojarzy. Zatem Ministerstwo planuje wzrost cen węgla na rynku krajowym. Słowem, za zmiany zapłacimy (jak i poprzednio) my – przede wszystkim w cenie energii, także w cenie . Pozostaje pytanie jak dużo. Koszt wydobycia tony to jakieś 250 złotych, cena węgla w Amsterdamie to $46 – czyli jakieś 175 złotych. Żeby kopalnie wyszły na zero musimy dopłacić 75 złotych do tony – a biorąc pod uwagę nienasycone apetyty strony związkowej, może to być za mało.

„Chcemy posegmentować rynek sprzedaży, by podmioty ze sobą nie konkurowały”

Bo, jak oczywiście wiemy, konkurencja to jest największe zło, jakie przytrafiło się człowiekowi…

Swoją drogą ciekawe jak Ministerstwo zamierza „segmentować” rynek. Rynek węgla jest zasadniczo posegmentowany ze względu na zawartość części lotnych: od antracytu, przez koks po węgiel płomienny. A kopalnia wydobywa taki węgiel, jaki ma w złożu – i nie może stwierdzić nagle, że zaczyna wydobywać antracyt, bo zarząd ma pomysł na strategię. Wydobywa zasadniczo to, co jest. Jak zatem Ministerstwo chce doprowadzić do tej segmentacji? Nie wiemy. To, co przychodzi do głowy, to przypisanie kopalni do określonej grupy odbiorców (na przykład konkretnych kopalni do konkretnych elektrowni). Wtedy kopalnia jako monopolista będzie mogła dyktować dowolnie wysokie ceny – klient od innego dostawcy nie kupi, a z zagranicy nie sprowadzi, bo dobije go „opłata”.

„Dwa lata najbliższe będą naprawdę bardzo trudne, jeśli chodzi o przepalenie tego (leżącego na hałdach) węgla i zbilansowanie, ile węgla potrzebujemy na polskim rynku”

Kopalnie, by obniżyć księgowy koszt tony, fedrowały ile się dało. Powodowało to, że część kosztów znajdowała się na bilansie w pozycji zapasów zamiast na rachunku zysków i strat. Tego typu kreatywna księgowość poprzez aktywowanie kosztów nie oszuka jednak przepływów gotówkowych – pieniędzy spektakularnie zabrakło. Tymczasem węgla wydobyto tyle, że zasadniczo na jakiś czas można by w ogóle wstrzymać produkcję. A tego, z powodów organizacyjnych i politycznych, zrobić nie sposób. Więc hałdy będą rosły. A wpływ gotówki może być znacznie bardziej ograniczony, bo firmy energetyczne sporo wpłaciły w formie przedpłat. Trzeba się będzie utrzymać z pieniędzy zorganizowanych przez budżet – o ile UE nie zakwestionuje ich jako pomocy publicznej.

„Dążymy w PGG, KHW i części węgla energetycznego w JSW, by na rynku było tyle węgla, ile jest odbiorców, oczywiście pojawiają się pewne rezerwy. Teraz mamy nadpłynność na rynku, co sprawia, że trudno odbudować ceny”

Pan minister żyje w świecie, gdzie ceny się buduje, burzy, a potem odbudowuje. To rynek decyduje o cenach – i to się wyraźnie w Ministerstwie nie podoba. To wyraźnie widać we wcześniej wspomnianych rozwiązaniach: odcięcia się od rynku międzynarodowego i monopolizację segmentów rynku. Słowem PRL bis w najgorszym wydaniu.

„Docelowo w KHW potrzebna jest restrukturyzacja, Węglokoks Kraj powinien połączyć się z KHW. Byłoby dobrze, gdyby to się wydarzyło do końca roku, ale jeśli nie zdążymy, to do połowy przyszłego roku”

No i oczywiście wiara w to, że restrukturyzacja to łączenie i dzielenie spółek. W tym przypadku najlepiej połączyć spółkę niedochodową z dochodową, by ta ostatnia finansowała tą pierwszą.

I tak dostajemy do ręki kolejny dowód, że nigdy nie było nam bliżej do PRL niż dzisiaj.

Czytaj również